Droga od „muszę” do „chcę”
Urodziłem się w PRL-u — świecie kolejek, kartek na mięso i przekonania, że cierpienie uszlachetnia. Dorastałem w typowej polskiej rodzinie, w której miłość przeplatała się z nieprzepracowanymi schematami. Było w niej wsparcie, ale i cicha presja. O wartości człowieka decydowało to, ile zarabia, jak ciężko pracuje i ile znosi w milczeniu.
Od najmłodszych lat goniłem. Najpierw za ocenami, potem za uznaniem. W podstawówce, liceum, na studiach — nie chodziło mi o to, by być lepszym dla siebie. Chciałem być lepszy od innych. Po co? Sam nie wiedziałem. Po prostu tak zostałem nauczony: że życie to rywalizacja, w której trzeba wygrywać.
Na studia poszedłem trochę z przypadku. Jak wielu, nie miałem pojęcia, co chcę robić. Byłem dobry z matematyki, więc posłuchałem rady ojca: „Jak nie wiesz, co robić, to wybierz coś, co da ci pieniądze.” Informatyka wydawała się rozsądna. I tak zaczął się kolejny etap tej samej gry — tym razem chodziło już nie o stopnie, ale o zarobki.
Potem przyszła rodzina. I obowiązek zapewnienia stabilności. A w tle — nieustanna presja sukcesu: social media kipiące luksusem, zdjęcia z egzotycznych wakacji, samochody z salonu. Chciałem więcej. Więc pracowałem więcej. Wyjechałem za granicę. Brałem nadgodziny. Szukałem awansu. Potem drugiego. Potem zostałem dyrektorem. Potem kolejnym. Aż w końcu… CTO.
I wtedy coś pękło.
Nie dlatego, że było źle. Ale dlatego, że nic mnie już nie goniło, a ja sam nie wiedziałem, dokąd dalej biec. Zatrzymałem się. Spojrzałem za siebie. I zobaczyłem puste przestrzenie tam, gdzie mogła być rodzina, pasje, przyjaciele.
Zrozumiałem, że problem nie był w pracy, ani w stanowisku.
Problem był w sposobie myślenia.
Całe życie żyłem w świecie „muszę”.
Muszę skończyć dobre studia.
Muszę dobrze zarabiać.
Muszę utrzymać rodzinę.
Muszę mieć awans.
Muszę być lepszy.
I wtedy zadałem sobie pytanie: A co jeśli nic nie muszę? Co jeśli mogę chcieć?
Ta zmiana — z „muszę” na „chcę” — zmieniła we mnie wszystko.
Nagle spojrzałem na swoją rolę inaczej. Nie jak na tytuł do obrony, ale na możliwość. Możliwość nauki, dawania, współpracy, bliskości z ludźmi.
Bo to ludzie, nie projekty, są dzisiaj moją największą wartością.
To Wy — moi współpracownicy, rozmówcy, przyjaciele.
To wśród Was się rozwijam, to od Was się uczę, to dla Was chcę coś wnosić.
(Choć przyznaję — jeśli jesteście w jednym pokoju w zbyt dużej liczbie, to moje ADHD odmawia współpracy 😉 ).
I właśnie dlatego dziś o tym piszę.
Bo wierzę, że bycie managerem zaczyna się od bycia człowiekiem.
Nie poprowadzisz nikogo, jeśli nie potrafisz się zatrzymać.
Nie zainspirujesz nikogo, jeśli nie wiesz, po co sam to robisz.
Nie zbudujesz nic trwałego, jeśli ciągle tylko „musisz”.
Mój ojciec, który wiele lat był dyrektorem i potem prowadził firmę, kiedyś powiedział: „Dyrektor to ktoś, kto nic nie umie, bo nie ma fachu.” Wtedy milczałem. Dziś już wiem, że to nieprawda.
Dobry lider to ktoś, kto potrafi widzieć drugiego człowieka.
Kto umie go wysłuchać. I pomóc mu zobaczyć, kim może się stać.
A wszystko zaczyna się wtedy, gdy przestajesz pytać: „co muszę zrobić?”,
i zaczynasz pytać: „co chcę zbudować?”



